Mój syndrom Titanica…

Witajcie, środowy wieczór, za oknem ciemne chmury, z których co pewien czas pada deszcz. Zrobiłam, więc sobie gorącą herbatę i zasiadłam przed monitorem, aby napisać kolejny wpis na blogu. Niebawem minie rok odkąd piszę swój blogo-pamiętnik. W swoich wpisach za każdym razem dzielę się z Wami swoimi myślami, swoim bólem…swoim życiem.  Rok temu, gdy dopadł mnie gorszy czas w życiu poczułam się jak Titanic. Zderzyłam się z górą lodową, która chciała mnie zatopić. I gdyby nie rozpoczęta psychoterapia to nie wiem czy wyszłabym z tego zderzenia cała, niepokaleczona.

Godziny rozmów z panią psycholog uświadomiły mi, że mimo iż mam wiele marzeń, planów to rezygnuję z ich realizacji zastawiając się chorobą. Tłumacząc: bo przecież jestem niepełnosprawna, nie dam rady, bolą mnie stawy. Tłumaczeń stagnacji w życiu było wiele. Żyłam mimo braku uśmiechu na twarzy, mimo braku zadowolenia z życia.

To było rok temu. Na chwilę obecną moje samopoczucie jest dużo lepsze. Nie widzę przed sobą góry lodowej, a dostrzegam swoje plany i ich realizację. Oczywiście nadal trafiają się gorsze dni (takie jak miniona sobota), gdy dopada mnie ból stawów, a kolejna tabletka przeciwbólowa nie przynosi ulgi. Jednak zdarzają się one rzadziej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Myślę, że jest to efekt psychoterapii. Chociaż byłam sceptycznie do niej nastawiona. Bo przecież wiadomo jakie stereotypy panują na temat osób potrzebujących psychologa. Nie chciałam poczuć się jeszcze bardziej gorsza. Moja niska samoocena spowodowana chorobą mogła powiększyć się do niebotycznych rozmiarów, a ja wtedy nie potrafiłabym wydostać się z objęć „góry lodowej”.

Jednak mój sceptycyzm okazał się niepotrzebny. Stałam się pewniejsza siebie, zmniejszyła się nieśmiałość. A ja zrozumiałam, że należy cieszyć się z każdego dnia bez bólu, dostrzegać małe chwile radości i nie szukać szczęścia daleko. Tylko wokół siebie.
W ostatnich dniach nie odczuwałam zwiększonego bólu stawów. Przełożyło się to na lepsze samopoczucie i chęć wyjścia z domu. Po pracy spacerowałam z przyjaciółką i jej córeczką. Pozytywna energia czerpana z takich spotkań jest niezastąpiona. Daje mi siły do dalszej walki;-)

A.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Mój syndrom Titanica…

  1. ~Ewa pisze:

    Jesteś naprawdę dzielna, dobrze, że masz blisko przyjaciólkę, takie relacje sa niezastąpione. Pozdrawiam serdecznie :)

  2. ~Jenny pisze:

    Cieszę się, że ból złagodniał i znów możesz uśmiechać się do życia :) Sama przeszłam psychoterapię w momencie, gdy czułam się jak totalne „nic” i pamiętam jakim mocarzem po niej powstałam. To, co zyskujemy dzięki terapii to efekt własnej, ciężkiej pracy z samym sobą, odkrywanie siebie, swoich możliwości, potencjału, to bezcenny dar i dlatego zawsze warto skorzystać z takiej szansy :) Masz plany, marzenia i bardzo chcesz by się spełniły więc pozostaje Ci tylko walka o swoje, często z samą sobą, ale uwierz warto :) Życzę Ci samych dobrych dni, bez bólu, zwątpienia, a wyłącznie z wiarą w tle :) pozdrawiam:)

  3. ~dobrycoach pisze:

    Witaj
    To dobrze, że dzięki pracy nad sobą umiesz dostrzegać dobro w swoim życiu, optymizm daje siłę do walki a siła jest Tobie bardzo potrzebna i ten tekst jest pełen wiary i siły. Mocno trzymam za Ciebie kciuki oby jak najdłużej mieć wiarę i dobre samopoczucie mimo wszystko…
    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>